środa, 16 lipca 2014

INFROMACJA TURYSZTYCZNA! :D

Więc tak:
1. Z tego powodu, że mamy wakacje, rozdział 62 nieco się przesunie.
2. Będzie prawdopodobnie, aż --> 27 lipca. 3
. Życzę wam udanych wakacji. ( to nic, że się już zaczęły :) )

piątek, 11 lipca 2014

Moment For Me Rozdział 61


Naleśniki czy może jajecznica? Nie miałam pojęcia na co przyjdzie mu ochota. Stanęłam za blatem kuchennym i zaczęłam roztrzepywać jajka na słodkie śniadanie. Przygotowania zajęły mi niecałe pół godziny. Kiedy miałam już po niego iść, sam zjawił się w kuchni. Jednak jego humor nie był wyśmienity. Stanął naburmuszony w progu i nawet się ze mną nie przywitał.
- Hej. – Wymamrotałam. – Zrobiłam śniadanie.
Cały stół zastawiony był jedzeniem, a on się nawet głupio nie uśmiechnął. Usiadłam na krześle i badawczo mu się przyglądałam. Nie mówił nic, nie odzywał się. Nic już nie rozumiałam. Czasami zachowywał się jak kobieta w ciąży. Miał swoje humorki i trzeba było się jemu podporządkować.
- Odezwiesz się dzisiaj do mnie, czy będziesz cały dzień taki nieobecny? – Odparłam.
- Hmm…taa. – Burknął.
- Niall do cholery! – Krzyknęłam. – Co się dzieje?
- Nic. – Prychnął. – Czy zawsze musi się coś dziać?
- Gdybyś normalnie za mną rozmawiał o nic bym nie pytała.
Jego wzrok zatrzymał się na jednym z moich obrazów. Wiedziałam, że dzisiaj się z nim nie dogadam. Zaczęłam jeść sama. Nie mogłam czekać w nieskończoność. W końcu jedzenie kiedyś stygło.
Czekałam na pewną osobę. Miała w końcu mnie odwiedzić. W końcu tyle czasu nie dawała o sobie żadnego znaku życia, ale jakoś się z tego wytłumaczyła. Po skończonym posiłku przenieśliśmy się do salonu. Oczywiście przed telewizor, bo co innego mogliśmy robić? Nagle tą cholerną cisze przerwał długo oczekiwany dzwonek. Uradowana podbiegłam do drzwi i wpuściłam Danielle do środka. Na całe szczęście na jej twarzy gościł uśmiech, nie to co u Horana. Obie weszłyśmy do salonu. Blondyn nawet jej nie zauważył, był zbyt zajęty serialem.
- Nie rozumiem tego. – Ciągnęła swoją wypowiedź, a on się zerwał. Spojrzał na nią jakby zobaczył ducha. Dosłownie.
- H…Hej. – Pisnął. – Dobrze cię widzieć.
- Cześć Niall. – Przez chwile patrzyli na siebie jak na kogoś obcego. Po minucie brunetka zerwała się z miejsca i ruszyła w stronę ogrodu. To było dosyć dziwne, ale nie chciałam w to wnikać. Kiedy usiadłyśmy z kubkami kawy na zewnątrz zaczęła się nasza pogawędka. Oczywiście nie mogłam wytrzymać i pierwsze o co spytałam, a raczej kogo to Liam.
- Chcemy spróbować jeszcze raz. – Kiedy to mówiła na jej twarzy nie widziałam uśmiechu, tylko zawód.
- Nie chcesz?
- Nie chce…nie chce przeżywać tego drugi raz. Kocham go, ale boje się znowu w to wszystko angażować. – Odpowiedziała ze smutkiem. - Kiedy jestem z nim czuje się szczęśliwa, ale jednocześnie cały czas zadaje sobie pytanie…co by było gdyby…
- Jeśli nie spróbujesz możesz tego żałować, wiesz?
- Tak. – Uśmiechnęła się lekko. – I to mnie przeraża.
*** Z perspektywy Nialla ***
Nie miałam pojęcia dlaczego ona tu przyszła. Chciała wszystko powiedzieć? Jednak kiedy na nie zerkałem to Charlie była tą wesołą w ich towarzystwie. Więc może jednak nie wszystko stracone i Danielle wcale nie chciała nic mówić.
Wiedziałem, że muszę jechać do domu po to cholerne zaproszenie. Miałem jeszcze kilka innych spraw do załatwienia, a Charlotte wcale nie musiała o nich wiedzieć. Pożegnałem się z dziewczyną i ruszyłem do miejsca w którym ostatnio bywałem cholernie rzadko.
W głowie siedziałam mi tylko jedna sprawa. Bal. Zastanawiałem się jak zrobić tak, aby nikt się o tym nie dowiedział. Co powiedzieć Charlie? Musiałem ją znowu okłamać, nie chciałem tego robić. Jednak to było jedyne dobre wyjście. Złe także było, ale zdecydowanie nie chciałem jego używać. Wpakowałem się w to wszystko na własne życzenie, ale czy mogło być gorzej?
Kiedy wszedłem do mieszkania przeraziłem się. Nie sądziłem, że kiedykolwiek mnie coś takiego spotka. Rose siedziała na kanapie w salonie…tak jak za starych czasów.
- Właśnie o tobie rozmawiałyśmy. – Pisnęła. Jednak ja dalej stałem osłupiały.
- My? – Patrzyłem na nią jak na wariatkę.
- Tak, Niall. – Moja mama trzymała w ręku dwa kubki herbaty i zachowywała się tak jakbyśmy dalej byli razem. Tylko do cholery tak nie było. Nie byłem z tą suką! – Rozmawiałyśmy na temat balu. Dlaczego nam nie powiedziałeś, że zabierasz Rose?
- Nie wiem. – Mruknąłem.- Lepiej będzie jak pójdę do siebie.
Za dużo tego wszystkiego. Wolałem zabrać to cholerne zaproszenie i w końcu stąd wyjść. Za kilka dni miałem być wolnym człowiekiem. Rose nie mogła mnie dłużej szantażować. Tak, właśnie tak to się nazywa. Ona mnie szantażowała, a ja się na to godziłem.
Opuściłem dom wychodząc tyłem. Nie chciałem znowu jej spotkać i przyglądać się jej, jak dobrze się bawi. To była jedna wielka gra, w której ja byłem pionkiem. Nie mogłem się doczekać, kiedy to wszystko się skończy.
Moim kolejnym celem na dzisiejszy dzień był dom Zayna. Musiał mi pomóc. Tak jakby wiedział już o tym wszystkim, musiałem wdrążyć go w ten temat. Był nieco zaskoczony i mnie nie podziwiał. Uważał, że sam powinienem wyznać Charlie całą prawdę. Tylko, że…nie potrafiłem. Wolałem bawić się w to wszystko. Kiedy wparowałem do środka Malik spał na kanapie. Najwidoczniej nie było Perrie, co tylko polepszało całą sytuacje.
- Musisz mi pomóc. – Burknąłem. – Znowu namieszała.
- Hmm? – Podniósł głowę i spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
- Wstawaj! – Zaśmiałem się.
- Jak ty…? – Urwał. – Pewnie nie zamknąłem drzwi.
- Tak, nie zamknąłeś i nie zdziwię się jak kiedyś ciebie obrabują. – Zgarnąłem z lodówki puszkę zimnego picia i usiadłem obok przyjaciela. Bałem się, że może się na to wszystko nie zgodzić. W końcu to był dość głupi plan. Rozmawialiśmy z dwie godziny. Nie był co to tego przekonany, ale w końcu mi uległ. Obiecał zająć się wszystkim i nie pisnąć ani słowem na ten temat.
Z wielkim bólem serca pojechałem załatwić ostatnia sprawę. Zarezerwowałem stolik w restauracji, kupiłem kwiaty i krawat. Oczywiście to ostatnie nie było dla Charlotte. Tylko po to, aby podpasować się Rose. Myślałem, aby pójść w zupełnie innym, ale nie chciałem się kłócić. Marzyłem o tym, aby to wszystko zakończyć.
****
- Z jakiej to okazji? – Próbowała być na mnie zła, ale jej to nie wychodziło.
- Bez okazji. – Mruknąłem.
Siedzieliśmy przy stoliku, na którym stało mnóstwo jedzenia. Dookoła nie było tłumów, a w całej Sali panowała cisza. To właśnie lubiłem w tym miejscu. Można było spokojnie porozmawiać, nie przejmując się niczym.
- To dla ciebie, na przeprosiny za ranek. – Serce biło mi jak oszalałe. Kłamałem. Podałem jej białą kopertę, a na jej twarzy pojawił się uśmiech. Ten, który tak bardzo kochałem.
- Co to? – Spojrzała w moje przestraszone oczy.
- Nie pytaj, tylko otwieraj. – Uśmiechnąłem się.
Byłem ciekawy jej reakcji. Ucieszy się czy może przestraszy? Chciałem, aby to wszystko wyglądało jak najbardziej naturalnie, ale chyba tak nie było. Denerwowałem się jak nigdy, ale może w ogóle tego ne zauważyła?
- Dlaczego tylko jeden? – W kopercie znajdował się bilet. Tylko dla niej. No i dla jeszcze jednej osoby, która tak jak ona nie miała o niczym pojęcia.
- Bo nie mogę jechać z tobą. – Skrzywiłem się. – Muszę…muszę załatwić formalności związane z przeprowadzką.
- Nie chce jechać sama. – Z jej twarzy zniknął uśmiech. – Możemy przecież poczekać i pojechać tam razem.
- Nie będziesz tam sama. Perrie ci potowarzyszy. – Uśmiechnąłem się. – Zayna też ma nie być, więc stwierdziliśmy, że coś wam się od życia należy.
- Pewnie masz coś do ukrycia. – Spojrzała na mnie, tak jakby o wszystkim wiedziała. Byłem zmieszany tym wszystkim. – Nie patrz się tak na mnie. Zawsze tak jest, chłopak nie daje dziewczynie nic bez przyczyny.
- Kocham cię. To jest przyczyna. – Uśmiechnąłem się, ale w środku wszystko mi się gotowało.
- W porządku, mogę jechać, ale pod jednym warunkiem. – Pokiwałem głową. – Zawieziesz mnie jutro na lotnisko.
Odetchnąłem z ulgą. Wszystko szło zgodnie z planem, a za te kilka dni wszystko miało wrócić do normy. Po pysznej i stresującej kolacji wróciliśmy do domu. Niestety nie mogłem dłużej u niej zostać. Ona zaczęła iść w stronę salonu, a ja nie ruszałem się z miejsca.
- Muszę jechać do siebie Charlie. – Powiedziałem smutnym tonem.
- Myślałam, że zostaniesz. Przecież masz tutaj rzeczy.
- Tak, ale nie mogę. – Przybliżyłem się do niej. – Przepraszam.
- Jasne, rozumiem. Tylko pamiętaj co mi obiecałeś Niall.
- Do zobaczenia rano. – Pocałowałem ją delikatne w czoło i wyszedłem. Nie mogłem tam zostać, za dużo to mnie kosztowało.
Jak na złość na dworze zaczęło padać. Jechałem w straszną ulewę, co jeszcze bardziej mnie dołowało. Deszcz wziął się praktycznie znikąd. Po drodze postanowiłem wstąpić po coś do jedzenia. Nikt w domu mnie się nie spodziewał, więc nie liczyłem na wypchaną lodówkę. Chińskie żarcie i piwo. Nie było to dosyć dobre połączenie, ale dla mnie w sam raz.
Zaparkowałem samochód przed domem. Niestety w garażu stał już jakiś nowy nabytek ojca, przez co nie było miejsca dla mnie. Ulewa nie ustępowała, a ja nie mogłem przestać myśleć o Charlie. Wszedłem do mieszkania cały zmoknięty. O dziwo było dość głośno. Jedzenie zostawiłem w kuchni i poszedłem za głosami.
- Moja córka za nim tęskni, widzę to. Chociaż w ogóle się do tego nie przyznaję. – Dobrze znałem ten piskliwy głosik.
- Zaprosił ją na bal, ale ona musi pamiętać, że jest z Charlotte. – Moja rodzicielka brała moją stronę, co mnie bardzo cieszyło. Może nie ładnie podsłuchiwać, ale na pewno nikt by mi tego nie powiedział. Więc wolałem się dowiedzieć co sądzą o tym wszystkim osoby z mojego otoczenia.
- Tak, tylko dlaczego zabrał ją? Jego dziewczyna się nie obrazi? – Miałem nadzieje, że na tym pytaniu się skończy. Nie chciałem dalej tego słuchać. – Rose ma osobne zaproszenie, a Niall swoje.
- Nigdy nie rozumiałam swojego syna. – Mogłem stwierdzić, że moja mama właśnie się uśmiecha.
- A mogłyśmy zostać rodziną.
Nie mogłem dłużej tego słuchać. Grzecznie przywitałem się z naszym gościem i poszedłem do siebie. Straciłem ochotę na jedzenie i po prostu chciałem odpocząć. Od Rose, od kłopotów, od tego wszystkiego.
________________________________
Przepraszam za wszelkie błędy, które tu znajdziecie.
Co do kolejnego rozdziału:
1. Jeśli uda mi się go napisać, będzie w poniedziałek. - 14 lipiec
2. Jeśli nie dam rady, po prostu będziecie musieli trochę poczekać. Wyjeżdżam i nie wiem kiedy wrócę. Więc rozdziału spodziewajcie się 14 albo po 20 :)

sobota, 5 lipca 2014

Moment For Me Rozdział 60


W głowie dalej siedział mi ten sen, ale nawet nie chciałam nic o nim mówić. W końcu to coś mi się tylko śniło, tak? Gdybym usłyszała to od niej na żywo miałabym się czym martwić, a tak to nic nieznaczący sen.
- Jesz to? – Podsunęłam talerz bliżej chłopaka. Nie potrafiłam nic przełknąć, moje gardło było cholernie uparte.
- Zastanawiałeś się kiedyś nad przeszłością? Wiesz, co będziesz robił kiedy dorośniesz? – Wypaliłam.
- Zawsze chciałem być muzykiem. Jeździć po świecie i grać dla nich wszystkich. – Zaśmiał się. – Trochę nie realne, ale w końcu to marzenia.
- Do tej pory nie słyszałam jak grasz. – Udała urażoną.
- Nic straconego. – Uśmiechnął się. – Dlaczego pytasz mnie o przyszłość?
- Tak po prostu. – Co jeśli nasza przyszłość raptownie się zmieni? Co jeśli on mnie w niej nie widzi, tak jak ja na to wszystko patrzę. Może u niego wszystko wyglądało inaczej. Nasza przyszłość, wspólna przyszłość. Czasami czułam się winna i bałam się, że go starce.
Moje powieki stawały się ciężkie. To pewnie przez nieprzespaną noc i idiotyczny sen. Najchętniej wróciłabym z powrotem do łóżka. Niestety to było nie możliwe. Wstałam od stołu i postanowiłam się przebrać. Nie miałam zamiaru wyglądać jak siedem nieszczęść. Krótkie szorty, top i oczywiście moje niezawodne czarne trampki. Może nie był to nie wiadomo jaki strój, ale lepsze to od piżamy.
Nie minęła nawet godzina, a oboje byliśmy na miejscu.
- Twoi rodzice są w domu? – Spytałam wysiadając z auta.
- Nie mam pojęcia. – Uśmiechnął się. – Ale znając życie ojca na pewno nie ma.
Denerwowałam się. Nie miałam nie wiadomo jakich relacji z jego rodzicami. Widziałam ich może kilka razy, ale nie więcej niż dziesięć minut. Zliczając to można powiedzieć, że nasza znajomość trwała jakąś godzinę. Czasami miałam wrażenie, że mnie nie lubią. W końcu „zabrałam” im syna. Ojciec Nialla miał jeszcze Harrego, ale nie byli w dobrych relacjach i on z nimi nie mieszkał.
Za każdym razem kiedy przekraczam próg tego domu przeszywają mnie ciarki. Zdecydowanie tu nie pasuje. Jest inaczej, bardziej elegancko i elokwentnie. Wszystko ma swoje miejsce i jest idealnie ułożone. U mnie tak nie było i dalej nie jest. Rzeczy zmieniają swój „kątek” kilka razy dziennie, a mi to nie przeszkadza. Ważne aby można było je znaleźć.
- Jest ktoś?! – Niall wydarł się z całej siły, ale nikt nie raczył mu odpowiedzieć. Byliśmy sami?
- Niall, jak dobrze cię widzieć. – Starsza kobieta uściskała blondyna, a mnie zmierzyła wzrokiem.
- Bonnie to jest Charlie. – Chłopak mnie przedstawił.
- Ahh, tak. – Na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech. – Jackson tutaj był, szukał ciebie.
- Dawno? – Kobieta wdała się w dyskusje z Horanem, a ja zostałam totalnie zignorowana. Mimo, że byliśmy ze sobą tyle czasu, nigdy jej nie poznałam. Pracowała w ich domu odkąd Niall był mały i prawdopodobnie znała go lepiej niż ja. Nie rozumiałam jednak dlaczego mnie odrzuciła. Nawet nie zaczęłyśmy rozmawiać, a ona już trzymała mnie na dystans.
Nie chciałam się od nich oddalać, ale też nie zamierzałam przeszkadzać. Usiadłam na krześle i wpatrywałam się w każdy szczegół tego pomieszczenia. Na suficie wisiał potężny żyrandol za który prawdopodobnie zapłacili fortunę, a na ścianach obrazy. Nie mogłam powiedzieć, że były lepsze od tych moich, ale zdecydowanie wyglądały na droższe.
- Zabiorę tylko trochę swoich rzeczy i możemy jechać. – Głos chłopaka wyrwał mnie z myślenia. Wstałam od stołu i podążyłam za nim. Jednak kiedy Niall zniknął na górze, gosposia mnie zatrzymała.
- Wiem co planujesz. – Szepnęła.
- Słucham? – Nie bardzo ją rozumiałam.
- Nie myśl sobie, że pozwolimy ci jego zranić. Przyszłaś tutaj tylko po jedno, ale pamiętaj, że traktuje jego jak własnego wnuka i nie pozwolę na to.
- Chyba pani się coś pomyliło. – Chciałam się wytłumaczyć, ale ona mi nie pozwoliła.
- Odejdź od niego, póki jeszcze jest czas, dziecko. Masz tylko kilkanaście lat i nic nie wiesz o prawdziwym życiu. Daj sobie spokój.
- Charlie! Idziesz? – Kobieta odeszła, a ja stałam zamurowana. Czy ona mi groziła? Nie, tak chyba nie można tego nazwać. Weszłam po schodach i odnalazłam pokój blondyna. O dziwo był już spakowany.
- Coś się stało? – Spojrzał na mnie z troską.
- Nic. – Uśmiechnęłam się. Nie miałam zamiaru mu o tym mówić. Przecież to była jego ukochana Bonnie. – Może poszlibyśmy dzisiaj na jakąś kolacje?
- Kolacje? – Spytał zdziwiony. – Wiem, że powinienem powiedzieć ci wcześniej. Tylko, że Zayn chciał ze mną wyjść, ale jeśli chcesz odwołam to.
- Nie. – Zaprzeczyłam. – Możemy pójść jutro.
- Na pewno? Jeśli naprawdę ci zależy…
- Niall, wszystko w porządku. Idź z Zaynem, a ja zadzwonię po Danielle.
- Hmm…jasne.
*** Z perspektywy Nialla ***
Kiedy mówiła coś o niej przechodziło prze mnie dziwne uczucie. Serce zaczynało mocniej walić, a sam zastanawiałem się czy ktoś jej przypadkiem nie powiedział. Jednak, kto by miał to zrobić? Danielle tak jak ja, nie chciała nic mówić. Zostawała jeszcze tylko Rose. Tylko, że ona obiecała milczeć. To wszystko dużo mnie kosztowało. Czułem się jak pionek w grze tej suki. Wszystko czego chciała - dostawała.
Co do wieczoru znowu ją okłamałem. Nie miałem spotkać się z Malikiem, tylko z moją byłą. To było podłe z mojej strony, ale gdyby nie to spotkanie Charlie wiedziałaby o wszystkim.
Zaparkowałem przed jej domem i z wielką odmianą zadzwoniłem dzwonkiem. Zawsze wpadałem do środka bez zapowiedzi, ale teraz było mi głupio tak zrobić.
- W końcu jesteś. – Prawdopodobnie była sama w domu. Nigdy mi nie otwierała. Gosposia, albo jej rodzice zawsze robili to za nią.
- Tak…pogadajmy i w końcu zakończmy ten temat.
- Znalazłeś już domek, dla ciebie i księżniczki? – Uśmiechnęła się chytrze.
- Tak. – Mruknąłem. – Naprawdę nie wiem dlaczego ona ci tak przeszkadza.
- Nigdy tego nie zrozumiesz. – Zaśmiała się. – Jedno załatwione, więc przejdę do kolejnego punktu.
- To ile ich jest? – Usiadłem na dobrze znanym mi fotelu.
- Trzy Niall, tylko trzy.
- Więc gadaj, czego jeszcze chcesz.
- Wiesz, że za trzy dni jest bal? – Nagle zgłupiałem. Kompletnie o nim zapomniałem. Zaproszenie pewnie leżało gdzieś w moim pokoju, ale jestem tam tak często, że nie sprawdzam poczty.
- Taa. – Przytaknąłem.
- Zabierzesz mnie tam. – Uśmiechnęła się. – Miałam iść z przyjacielem, ale wolał gdzieś sobie wyjechać. A na pewno sama tam nie pójdę. Więc mnie tam zabierzesz.
- Tak, już lecę się szykować. – Prychnąłem. – Dwa dni balangi z dala od Londynu i mamy jechać razem? We dwójkę? A co ja niby powiem Charlie?
- Nic mnie to już nie obchodzi.
- Mogę ci kupić…no nie wiem cokolwiek. Tylko daj mi w końcu spokój.
- Nie moja wina, że się z nią całowałeś? A może robiłeś coś jeszcze o czym nie wiem. Nic mnie to nie obchodzi, ale wiem jedno. Masz mnie tam zabrać i czy ci się to podoba czy nie.
- Nie robiłem nic więcej! – Wrzasnąłem.
- Czyżby? To dlaczego się tak denerwujesz? – Jej powaga mnie zadziwiała.
- Zamknij się, dobra?! – Krzyknąłem.
- Sukienka jest bordowa, dopasuj się. – Uśmiechnęła się i zostawiła mnie samego. Nienawidziłem jej za to wszystko. Była bez uczuć. Pewnie kiedy z nią byłem cały czas udawała. Zresztą chyba tylko raz usłyszałem od niej te dwa ważne słowa.
Nie mogłem jej odmówić. Więc w drodze powrotnej zastanawiałem się co mam powiedzieć Charlotte. Jak jej wyjaśnić te dwa dni mojej nieobecności. Kłamać czy może powiedzieć chociaż część prawdy? Mój telefon zaczął wibrować. Myślałem, że to może Rose. Może się rozmyśliła.
Potrzebuje pomocy. Przyjedź do szopy.- Jackson.
Nie było późno, więc się zgodziłem. Ruszyłem w stronę gdzie mieliśmy się spotkać. Szopa. Klub w którym kiedyś pracował mój kuzyn. Jedyne miejsce, z którego go nie wywalili. Trochę się denerwowałem, nie miałem pojęcia co znowu nawywijał. Ostatnim razem, kiedy był w Londynie skończył w szpitalu. Złamana ręka i podbite oko. Teraz był starszy, a jego pomysły jeszcze bardziej głupie. Był zdolny do wszystkiego.
Wszedłem do ciemnego pomieszczenia. O dziwo nie było tłumów, tylko kilka osób. Kelner przy barze wydawał się znudzony swoją pracą. Dziewczyna z prawej strony najwyraźniej się denerwowała. Ominąłem ich wszystkich i poszedłem do dobrze znanego mi skrzydła. Siedział tam. Z papierosem w ustach, a obok miał butelkę wódki.
- Co się…? – Nawet nie zdążyłem dokończyć.
- Musisz mi pożyczyć pieniądze. – Jęknął. - Jesteś moją ostatnią nadzieją.
- Za dużo chyba wypiłeś. – Zaśmiałem się. – Jaką nadzieją?
- Muszę dostarczyć im kasę, błagam cię Niall.
- Ile razy ci mówiłem, że ci więcej w tej sprawie nie pomogę? Idź do ojca. – Jackson miał wielkie problemy, ale kiedyś przesadził. Oczywiście mu pomogłem, ale musiało mnie to słono kosztować. Sprzedałem zabytkowy samochód dziadka, aby pomóc temu gnojkowi. Potem przez trzy miesiące pracowałem przy koniach. Nigdy tego nie zapomnę.
- Myślisz, że nie byłem? Nie pomógł mi i dlatego proszę ciebie o pomoc. – Był już nieco pijany, ale jego głos wydawał się normalny. Tylko te czerwone oczy.
- Po co ci pieniądze? – Musiałem wiedzieć inaczej nic ode mnie nie dostanie.
- Nie ważne. – Mruknął.
- To w takim razie nie mamy o czym rozmawiać. – Zaczynałem wstawać, ale on musiał ich naprawdę potrzebować. Zatrzymał mnie i zaczął w końcu gadać.
- Kupiłem narkotyki. Najpierw małe działki i tylko dla siebie. Tylko, że wiesz jak to jest na imprezach…Stało się tak, że ludzie brali, ale nie płacili. A ja zostałem udupiony.
- Ciekawa historia…- Uśmiechnąłem się chytrze. – Ile chcesz pieniędzy?
- Trzydzieści kafli. – Powiedział ze spokojem.
- Ile? – Zdziwiłem się. – To ile, ty ich kupiłeś?
- Wystarczająco, aby narobić sobie długów.
- Będziesz moim dłużnikiem do końca życia, wiesz?
- Tylko daj mi tą kasę teraz, zaraz. – Nawet żadnego dziękuje, nic. Ale czego ja mogłem się spodziewać? To był w końcu Jackson.
Pieniądze miały iść na wpłacanie zaliczki, ale pożyczyłem mu je. Wiedziałem, że innego przyjaciela nie znajdzie. Teraz musiałem znaleźć sposób, aby samemu znaleźć te pieniądze. Miałem dwa dni na wpłacenie konkretnej sumy do faceta zajmującego się sprzedażą domu. Większość pieniędzy idzie z konta ojca, ale to dopiero przy drugiej wpłacie. Teraz miałem sam to wszystko opłacić, aby pokazać jaki jestem „dorosły”.
Kiedy przekroczyłem próg domu było po trzeciej. Spędziłem więcej czasu poza domem niż sądziłem. Te wszystkie sprawy…było ich za dużo. Usiadłem na krześle zabrałem się za jedzenie kanapek, które za pewno były zrobione dla mnie. Nawet nie zdążył z czerstwieć, ale może dlatego, że były przykryte? Serio, martwisz się głupimi kanapkami? A jak wytłumaczysz to wszystko Charlie? Moja podświadomość biła się ze mną. Dosłownie. Jadłem wolno, nie śpieszyłem się aby iść do Charlotte. Dlaczego? Bałem się tego, że się obudzi i zacznie mnie o wszystko wypytywać. Chociaż rano mogłaby zrobić to samo. Tchórz.

__________________________________________________________________

Kolejny pojawi się w piątek :)

środa, 2 lipca 2014

Moment For Me Rozdział 59



- Kto to kurwa jest?! – Wrzasnąłem na faceta z kaskiem w ręku. Był ubrany na czarno i krzywo się na nas patrzył.
- Nikt. Nie wtrącaj się i idź do domu. – Jackson miał poważną minę.
- Jak chcesz. – Odpowiedziałem obojętnie.
Nie chciałem się z nim kłócić. Wiedziałem, że ten facet nie jest jego przyjacielem. Wcześniej z właśnie takimi miałem na pieńku. Nie wyobrażałem sobie teraz takiego życia. To było wręcz nie realne. Wdrążyć się w to wszystko i znowu mieć pełno kłopotów.
Kiedy wszedłem do środka o dziwo zastałem cisze. To było nieco niepokojące. W kuchni paliło się światło, a dalej ciemność. Nie wiedziałem, jak mam to rozumieć. Louis zazwyczaj potrafił się kłócić bardzo długo, a teraz nie było nie kilka minut. Może to nie było nic ważnego?
- Jesteście czy was nie ma? – Otworzyłem lodówkę, która o dziwo była pełna. – Louis?
- Chyba się do ciebie nie odezwie. – Usłyszałem głos Eleanor. Była zapłakana.
- Co się stało? – Kiedy do niej podszedłem zacisnęła swoje oczy, a z nich wypłynęły kolejne łzy. To był okropny widok – zapłakana dziewczyna.
- Nie warto o tym rozmawiać Harry. – Jęknęła.
- Tak, nie warto. – Sarkastyczny śmiech Louisa. Najwidoczniej zszedł z góry. – Ja się nie wtrącam w twoje sprawy, a ty w moje. Jasne?
- Nie mam zamiaru. – Odpowiedziałem.
- Wychodzę i nie zamierzam dzisiaj wrócić więc jak chcesz możesz tu zostać. – Zwrócił się do dziewczyny.
- Nie potrzebuje od ciebie żadnej pomocy. – Odparła urażona, a on nic nie odpowiedział. Wyszedł i trzasnął drzwiami. Czasami był naprawdę nieznośny.
- Przepraszam. – Dziewczyna schowała swoją twarz w dłoniach. – Naprawdę cię przepraszam Harry.
Zanim cokolwiek powiedziałem, ona się rozpłakała. Nie mogłem tak po prostu na nią patrzeć. Podszedłem bliżej i mocno ją objąłem. Eleanor była dla mnie jak rodzina. Nie potrafiłem patrzeć jak cierpi, a zwłaszcza z powodu Tomlinsona.
- Nienawidzę jego, ale jednocześnie kocham. – Wychlipiała.
- Przykro mi.
- Nie powinno…- Urwała. – Powinnam już iść.
- Nie zostaniesz? On i tak nie wróci, a jest ciemno.
- Louis nie chce, abym tu była. – Skrzywiła się.
- Uwierz, że chce. On cię kocha. – Próbowałam ją jakoś pocieszyć, ale to nie było wcale takie proste. W końcu nie wiedziałem o co chodzi. – Nie płacz, proszę.  
- On znowu to robi, wkręca się w to wszystko. Rozumiesz? – Nie mogła się opanować. – Pakuje się w to wszystko, a ja nic nie mogę zrobić.
- Pakuje się…? – Urwałem. Nie do końca wierzyłem swojej podświadomości. Podejrzewałem co ma na myśli, ale gdzieś tam w głębi miałem nadzieje, że to jednak nie prawda. Nie mógł znowu nam tego robić, nie Louis.
- A jak myślisz? Dlaczego tyle czasu się ukrywałam, przez kogo mieliśmy tle problemów?
- Pieprzony idiota! – Wrzasnąłem. – Od kiedy to trwa?
- Chciał dla kogoś załatwić działkę, był u nich i zaczął się w to wszystko wkręcać. Wiesz jak to jest. Im więcej kasy dostajesz tym bardziej cię to kręci.
- Kurwa! Miał się w to nie plątać. – Zacząłem się denerwować. – Dla kogo to miało być?
- Nie wiem. Tylko, że to był już dwa tygodnie temu. Teraz się z nimi widuje, coraz częściej.
- Co z nim jest nie tak!? Dlaczego wcześniej nic nie mówiłaś? – Krzyczałem na nią.
- Nie wiem. – Jęknęła. – Nie mów, że ci powiedziałam. Będzie wściekły.
To wszystko było porąbane. On był rozsądny, a teraz? Nie chciałem, aby miał kłopoty. Tylko, że się na nie zapowiadało. Skoro znowu z nimi zadzierał. Narkotyki i ci ludzie byli źli i dla nas nie odpowiedni. Dlaczego on się kurwa w to plątał?
- Nie mów, proszę. – Błagała. – On znowu zrobi mi awanturę.
- On się znowu w to wszystko wpakuje. O ile jeszcze tego nie zrobił.
- I co chcesz zrobić? – Spytała przerażona.
- Zakończyć to jak najszybciej.
Brunetka nie została na noc. Wróciła do domu taksówką, a ja musiałem to jeszcze raz przemyśleć. Nie miałem pojęcia co mam zrobić i jak na to wszystko zareagować. Miałem mu powiedzieć, że o wszystkim wiem? Zakończyć to raz na zawsze? Tylko, że to jego życie i wkurzy się na mnie za to, że się wtrącam.
*** Z perspektywy Charlie ***
Poranny prysznic był dla mnie wybawieniem. Od razu poczułam się lepiej i lżej. Zwłaszcza po ciężkiej nocy. Moje samopoczucie było okropne, a powrót do domu wcale mi nie pomógł. Czułam się tak jakby w ogóle stąd nie wyjeżdżała. Wszystko stało na swoim miejscu, a wnętrze pachniało tak samo. Oparłam się o szafkę i z wielkim bólem zrobiłam dzbanek kawy. Nie miałam pojęcia kto ją wypija. W końcu miałam być sama przez cały dzień. Niall musiał coś załatwić w sprawie naszego nowego domu. Nie mogłam przestać się uśmiechać na samą myśl o nim. To było wspaniałe uczucie. Mieliśmy mieszkać razem, a do mnie dalej to nie dochodziło. Zastanawiałam się ile to wszystko może potrwać. Te wszystkie papiery i ta cała przeprowadzka do tego cudownego miejsca.
Nalałam kubek kawy i miałam nadzieje, że poczytam jakąś książkę. Niestety przez pierwsze dziesięć minut zdążyłam przeczytać tylko jedną stronę. Nie mogłam się skupić.
- Czemu się nie zamykasz? – Drgnęłam. Głos Naomi mnie wystraszył.
- Mogłabyś pukać. – Skarciłam ją.
- Oj nie marudź, tylko zrób mi coś do picia.
- Wiesz gdzie jest kuchnia. – Uśmiechnęłam się.
- Wiem. – Powędrowała do lodówki. – Danielle do ciebie dzwoniła?
- Właściwie to nie.
Brunetka nie odzywała się do mnie przez dłuższy czas. Tylko, że ja jakoś tego nie zauważyłam. Może ona też była zbyt zabiegana?
- Powinnyśmy się tym przejmować? – Spytałam.
- Sama nie wiem. Odpisała na jednego mojego sms-a z czterech. Więc to może o czymś znaczy.
Danielle nie była osobą obrażalską. A nawet gdyby to za co miałaby się do nas nie odzywać? Zaczęłam coraz bardziej zagłębiać się w ten temat. Nie chciałam jej stracić, ale także nie miałam zamiaru panikować. Po prostu nie dzwoniła. Ja także tego nie robiłam. Więc może ona myśli to samo co my o niej? To było dość idiotyczne.
- Chyba powinnam wam o czymś powiedzieć. – Przerwałam ciszę.
- Jesteś w ciąży?! – Wydarła się.
- Nie! – Zaprzeczyłam.
- W sumie wyglądasz jakbyś była. Jesteś blada i zmarnowana. – Zaśmiała się.
Czy to było możliwe? Czułam się źle, ale żeby ciąża? Nie, to było nie możliwe. Na pewno nie. Wybiłam to sobie z głowy i zaczęłam myśleć nad tym jak to mam jej przekazać. Wyprowadzka to wielka zmiana w moim życiu. A to oznaczało odcięcie się od nich wszystkich.
- Mów. – Pośpieszyła mnie.
- Przeprowadzam się Naomi. – Na początku była zdziwiona, ale potem zadowolona.
- To wspaniale. – Pisnęła. – Gdzie teraz zamieszkasz? Bliżej Nialla?
- Hastings. Będę mieszkała tam, razem z nim. – Odparłam z powagą.
- Ha…Hastings? – Wytrzeszczyła oczy. – Przecież to dwie godziny stąd.
- To znaczy…naprawdę? – Skrzywiła się. – Kiedy?
- Jeśli wszystko pójdzie dobrze to za jakiś tydzień. – Uśmiechnęłam się.
- Wow. – To chyba jedyne co mogła powiedzieć. Siedziała z otwartymi ustami i gapiła się w jeden punkt. Dlaczego się nie cieszyła?
- Powiesz coś więcej? – Zaśmiałam się nerwowo.
- Nie wiem co mam powiedzieć. – Urwała. – Myślałam, że tu zostaniesz. Zostaniesz na zawsze.
- Też tak myślałam, ale tam zacznę wszystko od nowa.
Schowała twarz w dłonie i tak siedziała kilka minut. Kiedy na mnie spojrzała miała mokre policzki. Zabolało mnie to. Nie sądziłam, że ktoś będzie za mną płakał. Nie spodziewałam się tego.
- Naprawdę tego chcesz? – Jej pytanie mnie zaskoczyło. – Chcesz z nim się przeprowadzić, spędzić tam resztę swojego życia? Masz dziewiętnaście lat i całe życie przed sobą. Nie zrozum mnie źle, ale martwię się o ciebie.
- Kocham go. – Powiedziałam pewnie. – On chce tam mieszkać, a mi się tam podoba.
- Widzisz, nie powiedziałaś, że ty też chcesz. Tylko on. Chodzi o Nialla.
- Nie. Ja też tego chce. Inaczej bym się nie zgadzała. – Zauważyłam.
- Zastanów się jeszcze raz. Tylko tym razem weź wszystkie za i przeciw. Dobrze?
Nie miałam pojęcia dlaczego jest do tego tak nastawiona. Przecież jej nie zostawię. Będę z nią zawsze. Z nią i z Dan. Przyjaźnimy się i przez ten wyjazd na pewno nic się nie stanie. Dalej będziemy ze sobą rozmawiać.
Kiedy zostałam sama było już dość późno. Na dworze się ściemniało, a na ulicy zaczynały palić się lampy. Byłam ciekawa, kiedy Horan wróci. Chciałam się do niego przytulić i rozwiać wszystkie wątpliwości dotyczące naszej wyprowadzki. Zresztą, miałam takie? Może dalekie kontakty z przyjaciółmi, poza tym nie było nic co by mnie powstrzymywało.
Nagle po całym mieszkaniu rozległ się dzwonek. Zadowolona, że spotkam tam Nialla popędziłam do drzwi. Jednak zamiast niego stał tam jakiś chłopak. Włosy postawione na żel i czarna skórzana kurtka. Patrzył na mnie, tak jakbym nie chciała. Jednak uśmiech miał bardzo ładny.
- Hmm…Mogę w czymś pomóc? – Spytałam nerwowo.
- Niall Horan, mieszka tutaj? – Uśmiechnął się.
- Nie. – Odparłam po zastanowieniu się. Nie mieszkał, ale przebywał. Bardzo często. – To znaczy…zaraz powinien tu być.
- Mogę na niego poczekać? – Jego słowa były stanowcze, a moje? Mówiłam tak jakbym się jego bała.
- Ja…Jasne. – Wpuściłam go do środka. Nie miałam pojęci kim jest, ani po co tu przyszedł. A przede wszystkim skąd znał ten adres? Usiadł na kanapie i bacznie rozglądał się dookoła. Zaś ja nie miałam pojęcie co mam robić.
- Mówił, że zaraz będzie. – Nieznajomy przerwał milczenie. - Jak było w Hastings?
Zamarłam. Skąd on wiedział o naszym wyjeździe? To musiał być naprawdę dobry znajomy skoro mówił mu o takich rzeczach.
- W porządku. – Uśmiechnęłam się.
- Powiedział ci, prawda? – Spojrzał na mnie z powagą, a ja pokręciłam głową. Nie wiedziałam o co mu chodzi. O czym miał mi powiedzieć? – Kim jestem.
- Nie mam pojęcia. – Skrzywiłam się.
- Jackson Wills, kuzyn twojego chłopaka. – Podał mi rękę i wyszczerzył swoje białe ząbki. Wydawał się miły.
- Och. Nie wiedziałam, że…- Urwałam. – Nic mi nie mówił.
- W sumie to miał racje. Nie ma się kim chwalić. – Zaśmiał się. – Chyba już przyjechał.
- Tak, powinien już być.
Usiadłam naprzeciwko niego i zastanawiałam się dlaczego tu przyszedł. Miał jakiś konkretny powód, czy może przyszedł powspominać stare dobre czasy? Miałam nadzieje, że dowiem się czegoś konkretnego na jego temat.
Przywitali się tak jakby nie widzieli się kilka lat. Zostałam totalnie olana, więc postanowiłam im nie przeszkadzać. Do wielkiej wanny nalałam ciepłej wody i postanowiłam się odprężyć. Zapach wanilii roznosił się po całym pomieszczeniu, a ja byłam w swoim świecie. Uwielbiałam jej zapach. Delikatnie weszłam do wanny i cała się w niej zanurzyłam. Zamknęłam oczy i próbowałam o tym wszystkim zapomnieć.
****
Ciemność, a ja byłam sama jak palec. Nie miałam pojęcia dokąd mam iść. Nie miałam pojęcia co jest przede mną. Nie miałam pojęcia gdzie jestem. Stłumiony śmiech rozlegał się w mojej głowie, a ja nie potrafiłam jego wyłączyć. To było coś okropnego. Tak jakby ktoś stał i śmiał się ze mnie. Tylko, że nikogo nie widziałam. Zmrużyłam oczy, a po ich otworzeniu byłam gdzie indziej. Małe migające światełka raziły mnie.
- To boli. – Pisnęłam.
- Ma boleć. – Obiło mi się o uszy. – Zaboli cię jeszcze bardziej. Będziesz cierpiała tak jak nigdy. Nie podniesiesz się. Rozumiesz?
- Przestań! – Krzyknęłam. Nie miałam pojęcia z kim rozmawiam. Obracałam się dookoła w poszukiwaniu tajemniczej osoby. Miałam nadzieje, że się odezwie. Wtedy ją odnajdę. Tylko, że stałam w zupełnej ciszy. Nic nie odpowiedziała.
- Nie możesz ode mnie uciekać. – Szepnęłam. – Pokaż się!
- Przecież ja nigdzie nie odchodzę, suko. – Ktoś znowu się zaśmiał.
- Rose?! – Byłam przekonana, że to jej głos. – To ty?
- Dlaczego ty jesteś taka głupia, co? Nie nadajesz się do tego! Nie powinnaś z nim być, nie zasługujesz na niego!
- Uspokój się. – Próbowałam nie krzyczeć.
- Nie. – Zaprzeczyła. – Będę chodzić za tobą, tyle ile mi się podoba. Ty nic z tym nie zrobisz. Będę cię ranić, a ty nawet tego nie poczujesz. Wszyscy staną przeciwko tobie, a ty będziesz bezradna. Zjawiłaś się tutaj wszystko psując, a teraz odejdziesz.
- Co ty pieprzysz?! Nikt nie pozwoli ci się mieszać w nasze sprawy. Straciłaś przyjaciół i nikt nie ma do ciebie zaufania.
- Jesteś pewna? – Zachichotała. – Ja jestem innego zdania.
- Tak jestem pewna. – Odparłam dumnie.
- Spytaj się swoich przyjaciół jak cię nie okłamują, swojego chłopaka jak ci jest wierny. Wtedy porozmawiamy.
Usiadłam na czymś zimnym, a śmiechy zaczęły się oddalać. Rose odeszła, a ja zostałam sama. Miałam się bać czy to już minęło? Nie miałam pojęcia.
- Niall? – Poderwałam się do góry. – Miałam...coś mi się śniło.
- Potwory? – Zaśmiał się. – Nie ma się czego bać.
- Tak, nie ma. – Odwróciłam się do niego i starałam nie myśleć o tym co mi się śniło. Było to dosyć realne i prawdziwe. Tak jakbym rozmawiałam z prawdziwą Rose.
- Jackson…to naprawdę twój kuzyn? – Szepnęłam.
- Tak. Nie widzieliśmy się trochę. Teraz chyba zostaje w Londynie. – Ziewnął.
- Wydaje się w porządku…- Urwałam.
- Taa…Idźmy spać. Jest dopiero czwarta Charlie.

_____________________________
Kolejny w niedziele ;)
KOMENTUJEMY !!! :)

MAM WIELKĄ PROŚBĘ!!!
Macie może pomysły na rozwinięcie dalej akcji ? Wiem, że powinnam to pisać sama itp, ale pomoc nie zaszkodzi :D Może chcecie, aby coś się zdarzyło?

PS. DZIĘKUJE ZA 80 tyś WYŚWIETLEŃ !!! <3

środa, 25 czerwca 2014

Moment For Me Rozdział 58


- Naprawdę? – Wrzasnąłem.
- Nie wrzeszcz na mnie Harry! – Próbował się bronić.
- Po cholerę się z nim tukłeś?! – Przemyłem swoje zranione dłonie pod zimną woda. Od razu poczułem ulgę.
- Nie twój zasrany interes. – Burknął. – Po za tym nie sądzę, żeby cię to interesowało.
Nie odzywałem się. Nie miałem siły na jakąkolwiek kłótnie. Jackson nie był mi dobrze znany więc nie mogłem nic na niego powiedzieć. Starałem się nie okazywać, jak bardzo jestem wkurzony. Oboje wyszliśmy z łazienki i znowu zeszliśmy na dół. Ludzie dalej się bawili i było ich chyba jeszcze więcej niż na początku.
- Po prostu o tym zapomnijmy, okej? – Podał mi kubek z alkoholem.
- Jak chcesz, ale to nie wyglądało na przypadkowe starcie.
- Oj daj spokój. – Wywrócił oczami. – Napij się i zalicz.
- Nie mam zamiaru zaliczać. – Burknąłem.
- Dobra. Do niczego cię nie zmuszam. – Zaśmiał się.
Brunet oddalił się ode mnie. Byłem pewny, że właśnie poszedł po jakąś łatwą dziewczynę. Nie zbyt mnie to obchodziło co teraz będzie robić. Usiadłem na kanapie i rozglądałem się dookoła. Kate. Dziewczyna mnie nie zauważyła. Stała z grupką ludzi i się śmiała. Jak widać dobrze sobie radziła beze mnie. Chciałem wstać i przestać się patrzeć na jej piękne ciało. Jednak coś mnie powstrzymało. Na jej plecach znalazła się czyjaś ręka. Chłopak, którego nigdy wcześniej nie widziałem zaczął ją bezczelnie obmacywać. A ona? Nie reagowała na to.
- Zabierz te ręce! – Wrzasnąłem. – Nie słyszysz, kurwa?!
- Harry. – Jej głos był błagalny.
- Widzę, że ci się to podoba. – Burknąłem.
- Przestań. On nic nie robił. – Wszyscy zwróci się wokół nas. Każde oczy obserwowały naszą dwójkę. Ludzie naprawdę nie mają swoich problemów?
- Nic kurwa. Tylko cię obmacywał.
- Chodź. - Złapała mnie za rękę i wyprowadziła stamtąd. Jeszcze kilka minut, a znowu wdałbym się w bójkę. Nie chciałem się bić, ale jeśli bym musiał zrobiłbym to. Weszliśmy do jakiegoś pokoju. Od razu zapaliła światło, a ja stałem przy drzwiach. Byłem ciekawy co ma mi do powiedzenia.
- Dlaczego się tak zachowujesz? – Spytała ze łzami w oczach.
- Ja?! – Zaśmiałem się. – Powiedz mi jeszcze, że to ja przed chwilą obmacywałem się z jakąś panienką.
- On nic takiego nie robił. – Pisnęła. – Trzymał tylko rękę…
- No pochwal się! Gdzie ją trzymał? Na twoim ciele, kurwa.
- Nie zrobiłam nic złego. – Widziałem jak się denerwuje. – Nie chce cię tracić. Harry…proszę.
- Oh…przestań to w kółko powtarzać. – Parsknąłem. – Zachowujesz się jak dziwka. Za każdym razem widzę cię z kimś. Potem mówisz, że mi na tobie zależy.
- Nie prawda…- Jej głos się łamał.
- To tak jakbym ja poszedł teraz na dół i pocałował kogoś. Na pewno nie byłoby ci miło Kate.
Nie odpowiedziała. Stała wpatrzona w jeden punkt, a po jej policzkach płynęły łzy. Nie mogłem na nią patrzeć. Cierpiała, a ja razem z nią.
- Nigdy nie byłam w związku. – Zaczęła. – To jest już nawyk. Ktoś do ciebie podchodzi i flirtuje z tobą. Nie mam takiego światełka, które się zapala. Po prostu nie kontroluje tego.
- Ranisz mnie tym. Zdajesz sobie z tego sprawę? – Podszedłem bliżej.
- Tak. – Jęknęła. – Przepraszam Harry. Naprawdę przepraszam. Nie chcę cię tracić.
- Po prostu staraj się mnie nie ranić. – Otarłem jedną łzę z jej policzka. – Już nigdy.
*** Z perspektywy Charlie ***
Męczyłam się całą noc, nie spałam i cały czas było mi zimno. Nie miałam pojęcia, co się ze mną dzieje. Tylko, że to nie było normalne zachowanie. Musiałam się gdzieś przeziębić, albo czymś zatruć. Na zewnątrz nawet nie było jasno. Wstałam z łóżka i od razu pobiegłam do łazienki. Było mi cholernie niedobrze.
Umyłam zęby z trzy razy, a potem z powrotem wróciłam do łóżka. Chłopak nawet się nie przewrócił na drugi bok. Spał i nic go nie rozpraszało.
Wszystko wydawało się takie idealne. Nasza przyszłość i to w jaki sposób będziemy się nią dzielić. Nigdy bym nie przypuszczała, że właśnie w takim wieku będę mieć osobę na której mi tak cholernie zależy. Przeszłam wystarczająco dużo, a nie powinnam. Większość dziewczyn w moim wieku ma „normalne” życie. Bez tego wszystkiego ciężaru. Czy im zazdrościłam? Oczywiście, że nie. One nie miały Nialla. Chłopaka, który poświęcił swoje normalne życie dla mnie. Zamiast się bawić i imprezować on jest cholernie odpowiedzialny.
Odwróciłam się na bok i mogłam spojrzeć na śpiącego blondyna. Usta miał lekko rozchylone, a jego klatka piersiowa delikatnie się unosiła. Na samą myśl o nim moje kąciki ust uniosły się ku górze. Kochałam go całym sercem i nie wyobrażałam sobie tego, aby odszedł.  To było nie do pojęcia. Nie zniosłabym tego.
Zaczęłam się wiercić i dalej nie mogłam spać. To było okropne uczucie. Byłam zmęczona, ale nic z tym nie mogłam zrobić. W końcu wstałam z łóżka i zaczęłam się ubierać. Na moim ciele znalazł się dres i biała koszulka Horana. Moim celem było znalezienie kogoś, kto mógłby mi dać jakieś lekarstwa. Na holu nie było ani jednej żywej duszy. W końcu był środek nocy.
Nacisnęłam guzik i nie minęło nawet trzydzieści sekund, a winda zdążyła przyjechać. Zjechałam na odpowiednie piętro i od razu podeszłam ro recepcji. Siedział przy niej jakiś młody chłopak. Gdy tylko mnie zobaczył poderwał się do góry, a na jego twarzy pojawił się promienny uśmiech.
- W czym mogę pomóc? – Przywitał się ze mną.
- Potrzebuje leków…tabletek przeciw gorączkowych. – Wyjaśniłam. Moje ciało prawie całe się telepało. Dlaczego nie ubrałam się cieplej?
- Hmm…jasne. Zaraz czegoś poszukam. - Zabrał jakiś kluczyk i pokazał ręką, abym szła za nim. Nie szliśmy daleko. Znaleźliśmy się w jakimś kantorku, a on od razu podał mi apteczkę pierwszej pomocy.
- Znajdź coś co ci pasuje. – Uśmiechnął się.
- To chyba będzie dobre. – Wskazałam na opakowanie. – Dziękuje.
- Jeśli naprawdę źle się czujesz, powinnaś od razu wezwać lekarza. – Poinstruował mnie.
- To tylko gorączka.
- Tylko jak będzie gorzej to obiecaj, że zadzwonisz do niego. – Nigdy nie spotkałam tak opiekuńczego pracownika.
- Obiecuje. – Na mojej twarzy pojawił się uśmiech.
Wróciłam do pokoju i tam połknęłam tabletki. Dorzuciłam do nich także moją dawkę leków. Niestety nie pomyślałam wcześniej, aby wziąć coś na zbicie temperatury.
- Charlie? – Odwróciłam się w stronę zachrypniętego głosu. – Gdzie ty byłaś?
- Na dole…ale już jestem. – Nie chciałam, aby wiedział. Zaraz by się zamartwiał.
- Po co? – Podniósł się do pozycji siedzącej. – Jest piąta rano.
- Nie mogłam spać. – Skłamałam.
- Było mnie obudzić. – Skrzywił się. – Co by było gdyby ktoś cię porwał? – Na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- Nie porwał. Dalej tu jestem. – Zdjęłam zbędne ubrania i wskoczyłam do łóżka. Miałam nadzieje, że teraz uda mi się zasnąć. Chociaż dalej było mi niedobrze.
- Nigdy więcej mnie nie zostawiaj. – Blondyn objął mnie ramieniem i mocno trzymał. – Obiecujesz?
- Obiecuje. – Drugi raz już to zrobiłam. Co jeśli jakiejś obietnicy nie dotrzymam? Co wtedy?
*** Z perspektywy Harrego ***
On nie był taki zły. Podobny do mnie i mojego idiotycznego charakteru. Przez cały dzień całkiem dobrze się poznaliśmy i musiałem przyznać, że go polubiłem. Mój kuzyn zyskał u mnie dużego plusa.
- Nie wierze! – Trzaśnięcie drzwiami i bach…zaczyna się wielka kłótnia.
- Teraz się przygotuj. – Zwróciłem się do Jacksona. – Akcja wszechczasów.
- Czy ty zawsze musisz to tak załatwiać?! – Głos Eleanor był zazwyczaj cichy. Tylko, że w tym momencie przechodził mutacje. Był potężny i cholernie głośny.
- To nie tak wyszło! Ile razy mam ci kurwa mówić?! – Lou nie dawał za wygraną i chciał postawić na swoim. Tylko, że oboje byli zbyt uparci. Jedno z nich musiało się poddać, ale to na pewno nie będzie miało miejsca w najbliższym czasie.
- Nie drzyj się na mnie Tomlinson! – Kiedy El używa jego nazwiska jest bardzo wkurzona. Więc lepiej zejść im z drogi. Pociągnąłem kuzyna za rękę i niezauważalnie wyszliśmy z mieszkania. Nie miałem zamiaru być ich ofiarą.
Gdy tylko pojawiliśmy się pod kamienicą zauważyłem czarny samochód. Stał odpalony, a kiedy koleś w środku nas zauważył odjechał z piskiem opon. Co to do cholery było? Jackson spoglądał na mnie z przerażeniem, jak małe dziecko. Ja zaś nie wiedziałem o co mu chodzi. Wystarczyło się odwrócić, a wszystko było jasne. Przynajmniej na tamtą okoliczność.

________________________________________________________________________________
Tak, wiem nie popisałam się. Tylko, że wakacje już za dwa dni, a ja już się rozleniwiłam.
Kolejny będzie we wtorek i trzy razy dłuższy :)
Pozdrawiam i życzę udanego weekendu!